Jest rok 1937. Oficer Oddziału II Sztabu Głównego kpt. Maurycy Jakubowski zostaje służbowo wysłany na Polesie. Od jakiegoś czasu źle się dzieje w tej nadgranicznej krainie. Znikają kolejni przypadkowi ludzie, a ich okaleczone ciała znajdywane są w leśnych ostępach lub w odmętach tamtejszych rzek. Wśród zaginionych jest też oficer wywiadu kpt. Adam Staff, który udał się na Polesie podobno w celach turystycznych i przepadł bez śladu. Jakubowski - przyjaciel Staffa i jego dawny frontowy towarzysz - ma go odnaleźć.
Ale to nie wszystko. Warszawa jest zaniepokojona niejasnym zachowaniem wojewody poleskiego Wacława Kostka-Biernackiego. Od śmierci marsz. Piłsudskiego ograniczył on bowiem, a potem zupełnie zerwał kontakty ze stolicą. Nie odbiera telefonów, nie odpowiada na listy i depesze, kurierów nie przyjmuje. Na Polesiu prowadzi swoją własną politykę, czasem dziwną, często niezrozumiałą, a co ważniejsze - niekonsultowaną z Warszawą. W dodatku wśród miejscowej ludności krążą o wojewodzie rozmaite opowieści - że zaprzedał duszę diabłu, że zabija chłopów, że odprawia dziwne rytuały...
Wyposażony w taką - mglistą i niepewną - wiedzę Jakubowski udaje się do Dawidgródka, nieformalnej stolicy Polesia, by tam przeprowadzić delikatne śledztwo w obu tych sprawach. Przełożeni wybrali go, bo ma za sobą służbę w policji kryminalnej i zna "specyfikę terenu" - 16 lat wcześniej walczył na Polesiu z bolszewikami.
Nic nie jest oczywiste
Tak zaczyna się powieść "Syn bagien" Pawła Rzewuskiego, doktora filozofii i historyka, wcześniej autora książek naukowych i popularnonaukowych. Dla swojego powieściowego debiutu Rzewuski wybrał formę historycznego kryminału, tyle że wbrew konwencji rozgrywającego się nie w trawionym grzechem dużym mieście, lecz w tajemniczej i dzikiej krainie Polesia. Zamiast więc ponurych spelunek, podrzędnych knajp i ciemnych zaułków mamy niewielkie kresowe miasteczko oraz otaczające je nieprzebrane lasy, rzeki i mokradła, nad którymi unosi się duch tajemniczego tytułowego Syna Bagien.
W Dawidgródku Jakubowski natyka się na całą plejadę dziwnych, oryginalnych i niepokojących postaci, wśród których próbuje znaleźć ewentualnych sojuszników i rozpoznać potencjalnych wrogów swojego śledztwa. Jest wśród nich lekko zdziecinniały dowódca batalionu KOP (dawny oficer c.k. armii), służbisty komisarz policji, bogaty miejscowy ziemianin, brzuchaty proboszcz, zdziwaczały nauczyciel i sprzedający informacje karzeł-golibroda. Jest podstarzała burdelmama, tajemniczy kelner z restauracji, szeptucha mieszkająca w lesie i starzec-Rosjanin z bagien... Jakubowskiego usilnie kuszą miejscowe rozerotyzowane panie, ale jak przystało na dobrego i bogobojnego Polaka, odrzuca ich zaloty i dotrzymuje wierności pozostawionej w Warszawie narzeczonej (Cóż, taka teraz konserwatywna moda - bohater musi być nie tylko patriotyczny, ale i cnotliwy).
Nic tu nie jest oczywiste, nie wiadomo, komu można wierzyć, a komu nie, kto wrogiem, a kto przyjacielem. Miejscowi powiązani są siecią wzajemnych zależności, układów, sympatii i antypatii. Jedni są zwolennikami wojewody, inni jego przeciwnikami, a tak w ogóle to nie lubią obcych, więc kapitan zdany jest na siebie. Nawet tym, którzy - jak mu się wydaje - darzą go pewną sympatią, nie do końca może ufać. Atmosferę niepewności potęgują jeszcze dziwne senne wizje nawiedzające go co pewien czas.
Osobna część Rzeczypospolitej
Obok wspomnianych morderstw niepokój bohatera - wszak człowieka twardo stąpającego po ziemi - budzą opowieści o makabrycznych rytuałach odprawianych przez miejscowych Poleszuków, wśród których dawne pogańskie wierzenia nadal trzymają się mocno. Czci się tu po kryjomu Czarnego Boga, Syna Bagien, Welesa, Mroka, Moroza... Można odnieść wrażenie, że ktoś idąc za starą legendą próbuje obudzić pradawną moc Syna Bagien.
Jakubowski krąży po Dawidgródku, spotyka się z kolejnymi postaciami, odwiedza kolejne miejsca, ogląda kolejne trupy i próbuje się czegoś dowiedzieć o Staffie, Kostku-Biernackim i tajemniczych wydarzeniach. Wątków jest dużo i bohater rzeczywiście ma trudne zadanie, a czytelnik błądzi razem z nim i razem z nim usiłuje odnaleźć w sekwencji wypadków jakiś sens. A wszystko to w dusznej atmosferze Polesia, pełnej upału, wilgoci, gryzących komarów i gazów unoszących się znad bagien.
Odtworzenie poleskiej scenografii i atmosfery to zaleta powieści. Ta zapomniana dziś kraina prawdziwie ożywa na kartach książki, a czytelnik wędruje razem z bohaterem po Dawidgródku, pokonuje leśne drogi i ścieżki, przedziera się przez zarośla, żegluje po Horyniu, słucha grania pasikoników i pohukiwań sów. Polesie to jakby osobna część Rzeczypospolitej, nigdy z nią nie zintegrowana, żyjąca własnym życiem, własnymi zwyczajami i własnymi przesądami.
Kolonie bez kolonii
W ogóle autor wykazuje dobrą orientację w realiach dwudziestolecia międzywojennego (wcześniej napisał kilka książek o tym okresie, m.in. "Warszawa miasto grzechu. Prostytucja w II RP" i "Wielcy zapomniani dwudziestolecia"). W powieści znajdziemy odbicie atmosfery, wydarzeń, poglądów i sporów, jakimi żyło polskie społeczeństwo (a przynajmniej jakaś jego część) w końcówce lat 30. XX w. Piłsudczycy spierali się wtedy z endekami, socjalistami i ludowcami, w siłę rosły nurty nacjonalistyczne i faszystowskie (Jan Stachniuk, Bolesław Piasecki, Wojciech Wasiutyński, ONR, OZN).
Sami sanatorzy też sympatyzowali z nacjonalizmem, czego owocem powstanie Obozu Zjednoczenia Narodowego i generalny skręt w prawo obozu rządzącego. Skończyło się obywatelskie podejście do polskości, zaczęło podejście etniczne. Na Polesiu silne były wpływy komunistyczne, działała Komunistyczna Partia Zachodniej Białorusi i sowieccy dywersanci, ścierał się popierany przez władze katolicyzm z prawosławiem. A do tego dochodziły jeszcze miejscowe pogańskie wierzenia. Polesie jawiło się jako kraina odległa, dzika i egzotyczna, prawdziwa polska kolonia. "Doczekaliśmy się kolonii, nie mając kolonii" - stwierdza jedna z postaci w książce.
Kurtz i Marlow na Polesiu
W intrygę "Syna Bagien" Rzewuski zgrabnie wplótł postaci historyczne (gen. Felicjan Sławoj-Składkowski, mjr Stefan Mayer, Bolesław Kontrym, Tadeusz Kobylański, Wacław Kostek-Biernacki). Książce patronuje nie byle kto, bo sam Joseph Conrad ze swoim Jądrem ciemności. Autor otwarcie nawiązuje do tej słynnej powieści, kreując Kostka-Biernackiego na Kurtza, a Jakubowskiego na Marlowa.
Conradowskie nawiązania, których zresztą autor nie ukrywa, są zgrabne i mogą się podobać. Niczym klamrą spinają akcję, od początkowej sceny w ministerstwie w Warszawie aż po końcowe spotkanie antagonistów i znamienne słowo "horror".
Skądinąd postać wojewody poleskiego Wacława Kostka-Biernackiego zasługiwała na literackie wykorzystanie. Człowiek o tak barwnym życiorysie nie powinien leżeć odłogiem Działacz PPS, żołnierz Legii Cudzoziemskiej, w Legionach okryty złą sławą szef żandarmerii I Brygady ("Kostek-wieszatiel"), potem komendant Twierdzy Brzeskiej, a wreszcie wojewoda poleski. Na tym ostatnim stanowisku miał podobno przebierać się za Poleszuka i sprawdzać w urzędach, jak traktowani są miejscowi. Rządził twardą ręką, surowo ale sprawiedliwie. Z powodu dwóch swoich książek - Diabeł zwycięzca i Straszny gość - uznawany był przez niektórych za czciciela szatana. Podobno też pobłażliwie podchodził do pogańskich zwyczajów i przesądów ciągle pielęgnowanych przez poleski lud. Z jednej strony brutalny, twardogłowy wojskowy, z drugiej autor dobrze napisanych wspomnień, powieści i opowiadań.
Twarde, filmowe nazwiska
Ta książka jest bardzo filmowa. Przywodzi na myśl serial Twin Peaks i pierwszy sezon świetnego Detektywa. Postacie, wydarzenia, plenery, no i cała intryga świetnie nadałyby się na film. Niektóre sceny są pisane jakby z myślą o ekranie, a męscy bohaterowie noszą twarde, filmowe nazwiska: Troplitz, Dowgird, Adler, Horyc... Rzeczywiście przy odpowiednim scenariuszu i realizacji byłby z tego dobry serial i być może autor miał to z tyłu głowy pisząc swoją powieść.
Chciałoby się tylko, żeby całość była literacko lepiej napisana. Bo przy wszelkich zaletach tej książki w wielu miejscach autorowi nie starcza pisarskiego warsztatu, a lektura staje się przykra. Wizje i sny bohatera miały tworzyć oniryczny klimat i dodawać tajemniczości, ale są nudne i uciążliwe w czytaniu. Wolno tocząca się akcja, pełna rozmów i przemyśleń bohatera może nużyć. Sporo też w "Synu Bagien" błędów językowych i faktograficznych (Dawidgórdek leży nad Horyniem, a nie Hortyniem, Tadeusz Puszczyński nosił pseudonim Wawelberg, a nie Wawedberg, poleska miejscowość to Prużana, a nie Purżany itd., itd.). Tekstowi ewidentnie zabrakło solidnej redakcji, która usunęłaby dłużyzny i słabsze miejsca, skróciła dialogi i monologi, no i poprawiła błędy merytoryczne.
Jeżeli autor nie porzuci twórczości beletrystycznej i pozostanie wierny retrokryminałowi, to miejmy nadzieję, że kolejna jego powieść będzie miała wszystkie zalety Syna Bagien i jednocześnie pozbawiona będzie wszystkich jego wad. A Wydawnictwo Literackie zadba o redakcję i przygotuje równie świetną okładkę.
Paweł Stachnik

